
Słowo „trauma” pojawia się dziś wokół nas bardzo często. Słyszymy je w prywatnych rozmowach, widzimy w mediach społecznościowych, słychać je w gabinetach terapeutycznych. Może odnosić się do doświadczenia przemocy, wojny, wykorzystania seksualnego, nagłej utraty bezpieczeństwa albo długotrwałego życia w zagrożeniu. Czasem używamy go szerzej, myśląc o silnym zranieniu psychicznym, po którym człowiek nie potrafi już tak po prostu wrócić do swojego wcześniejszego życia.
Ta powszechność pokazuje mi coś ważnego: coraz więcej z nas próbuje znaleźć język dla cierpienia, które wcześniej tak często pozostawało bezimienne i głęboko schowane. Z drugiej strony, kiedy jakieś słowo staje się tak popularne, jego właściwe znaczenie może zacząć się zacierać. „Trauma” zaczyna wtedy obejmować skrajnie różne doświadczenia – od przemocy po trudne, kryzysowe wydarzenia życiowe, które choć są bolesne, nie zawsze niosą za sobą takie same konsekwencje dla naszej psychiki.
Być może właśnie dlatego traumę psychiczną tak trudno zamknąć w jednej krótkiej definicji. Ona nie dotyczy wyłącznie samego wydarzenia z przeszłości. Dotyczy przede wszystkim tego, co to wydarzenie zrobiło z naszym poczuciem bezpieczeństwa, z naszym ciałem, pamięcią, emocjami, relacjami i tym, jak dziś patrzymy na samych siebie. A w przypadku przemocy relacyjnej, dotyczy również sprawcy, układu władzy, zależności i tego, czy jako społeczeństwo jesteśmy w ogóle gotowi uznać czyjąś krzywdę.
Kiedy zaczynamy przyglądać się przeszłości, musimy jasno nazwać jedną rzecz: trauma nie jest wymysłem naszych czasów. Jako ludzkie doświadczenie - głęboki ból, paraliżujące przerażenie i bezsilność - towarzyszy nam ona przecież od zarania dziejów. Odkąd tylko człowiek istnieje na ziemi, musiał mierzyć się z koszmarem wojen, niszczycielską siłą katastrof naturalnych oraz zranieniami, które ludzie zadawali sobie nawzajem w rodzinach i społecznościach. Ślady tego pęknięcia możemy odnaleźć w starożytnych mitach, eposach czy zapiskach sprzed setek lat. Trauma jako ludzki los nie ma swojego początku w podręcznikach medycznych - ona była z nami od zawsze.
Dlatego to, o czym przeczytasz poniżej, nie jest historią samej traumy jako zjawiska. Ból skrzywdzonego człowieka w starożytnym Rzymie, w okopach I wojny światowej czy w zaciszu współczesnego mieszkania ma przecież ten sam, przejmujący odcień bezradności. To, czemu chcę się tutaj przyjrzeć, to historia naszej zbiorowej świadomości. To opowieść o tym, jak jako ludzkość, a w szczególności jako świat medycyny i psychoterapii, powoli, po omacku i często z ogromnym oporem uczyliśmy się to zjawisko w ogóle dostrzegać, nazywać i wyciągać z cienia.
W tym tekście moim głównym drogowskazem jest kultowa książka Judith Herman Trauma. Od przemocy domowej do terroru politycznego. Herman pokazuje historię badań i leczenia traumy nie jako suchą kronikę psychiatryczną, ale jako proces głęboko społeczny. Pokazuje nam, że to, co wiemy o traumie, jest nierozerwalnie związane z tym, kto w danym momencie ma prawo mówić, kto zostanie wysłuchany i jakie ludzkie doświadczenia jesteśmy jako społeczeństwo gotowi uznać za prawdziwe.
Słowo „trauma” przynieśliśmy z greki, gdzie pierwotnie oznaczało po prostu ranę lub uszkodzenie ciała. Odnosiło się więc do konkretnego urazu fizycznego, do przerwania ciągłości tkanek - do śladu, który lekarz medycyny somatycznej mógł zobaczyć gołym okiem i opisać.
Z czasem ten termin zaczął dotykać także naszej psychiki. Pod koniec XIX wieku lekarze i neurolodzy zaczęli dostrzegać, że po silnym urazie pacjenci zmagają się z objawami, których nie da się wytłumaczyć wyłącznie uszkodzeniem ciała. Jedną z kluczowych postaci w tej historii był niemiecki neurolog Hermann Oppenheim. Pisał on o „nerwicach pourazowych” i głośno mówił o tym, że uraz potrafi pozostawić trwały ślad nie tylko w ciele, ale też w pamięci, emocjach, całym układzie nerwowym i fundamentalnym poczuciu bezpieczeństwa.
To przesunięcie znaczenia jest dla nas kluczowe do dziś. Ja sama bardzo często myślę o traumie właśnie jako o ranie psychicznej, która nie miała szansy w naturalny sposób się zagoić i zintegrować. Wydarzenie już dawno minęło, należy do przeszłości, ale jego ślad wewnątrz człowieka nadal jest żywy i aktywny. Może wracać w nagłych reakcjach ciała, zalewających emocjach, w strategiach unikania, częstym poczuciu zagrożenia, trudnościach w budowaniu bliskich relacji czy w tym, jak przeżywamy samych siebie. W tym sensie słowo „trauma” opisuje nie tyle sam moment zranienia, ile to, co dzieje się potem: zmieniony sposób funkcjonowania i ten wewnętrzny, niechciany ślad, który zza kulis organizuje całe życie człowieka.
Jednym z pierwszych obszarów, w których raczkująca psychologia i psychiatria zderzyły się z psychicznymi skutkami przemocy, była tzw. histeria. Dziś to słowo brzmi dla nas archaicznie i jest negatywnie obciążone. Już od ponad wieku używa się go wobec kobiet w sposób głęboko lekceważący - służy do umniejszania ich emocji i wiarygodności. Jednak w XIX wieku to właśnie pod tą nazwą zaczęto opisywać cały wachlarz objawów, które zupełnie nie mieściły się w ówczesnych, prostych wyjaśnieniach medycznych.
Pacjentki doświadczały nagłych omdleń, utraty głosu, paraliży, drżeń, amnezji i stanów przypominających trans. Objawy manifestowały się w ciele, ale lekarze byli bezradni - nie potrafili znaleźć żadnej jednoznacznej przyczyny neurologicznej. Ciało zachowywało się tak, jakby zostało uszkodzone, choć medycyna nie widziała żadnego fizycznego urazu.
Musimy pamiętać o kontekście społecznym tamtych czasów. Mówimy o XIX wieku, świecie głęboko patriarchalnym, z surowym podziałem ról i systemową kontrolą nad kobietami. Rodzina była nietykalna, traktowana jako absolutny fundament porządku społecznego. Kobiety wychowywano w duchu bezwzględnego posłuszeństwa, dyskrecji i całkowitej zależności. Doświadczenia przemocy domowej i seksualnej nie miało wtedy swojego bezpiecznego języka. To nie oznacza, że te dramaty się nie działy. Oznacza to tylko - i aż - tyle, że te kobiety nie miały jak ich nazwać, nie miały gdzie ich zgłosić ani nie mogły liczyć na żadne społeczne potwierdzenie swojej krzywdy. Ciało stało się więc jedynym dostępnym narzędziem, przez które krzyczała ich psychika.
Ważną rolę odegrał tu Jean-Martin Charcot, pracujący w paryskim szpitalu Salpêtrière. Badał on pacjentki z objawami histerii i zaczął opisywać ich reakcje w sposób systematyczny, głośno zwracając uwagę na bezpośredni związek między tymi objawami a doświadczeniem głębokiego przerażenia.
Jego uczeń, Pierre Janet, poszedł w tych obserwacjach jeszcze dalej. Opisywał, że po przeżyciu urazu część trudnego doświadczenia może zostać oddzielona (zdysocjowana) od zwykłej, codziennej świadomości. Ona nie znika, wraca później w objawach, w niezrozumiałych zachowaniach, w przebłyskach pamięci i w reakcjach ciała. Z dzisiejszej perspektywy bez trudu rozpoznajemy w tym mechanizm dysocjacji, który do dziś pozostaje jednym z najważniejszych punktów w terapii traumy: co dzieje się z doświadczeniem, którego człowiek nie był w stanie w pełni przeżyć, udźwignąć ani opowiedzieć w bezpiecznej, pełnej akceptacji relacji?

W tej całej historii ważne, choć trudne miejsce zajmuje Zygmunt Freud. Młody Freud pracował z kobietami z wyższych i średnich sfer, które trafiały na jego kozetkę właśnie z objawami histerycznymi. Przez pewien czas naprawdę głęboko i poważnie traktował opowieści swoich pacjentek o przemocy seksualnej, której doświadczyły w dzieciństwie. W 1896 roku ogłosił nawet światu odważną tezę: u źródeł histerii stoją rzeczywiste, traumatyczne doświadczenia seksualnego nadużycia. To było rewolucyjne stanowisko, bo zdejmowało winę z pacjentki i kierowało uwagę na realne fakty z jej życia.
Niestety, niedługo potem Freud wycofał się z tej teorii. Zaczął kłaść coraz większy nacisk na świat fantazji, wewnętrznych konfliktów i nieświadomych pragnień pacjentek.
Judith Herman interpretuje ten odwrót jako jeden z najbardziej dramatycznych momentów zapominania o traumie w historii. Kiedy relacje tych cierpiących kobiet obnażyły koszmar przemocy seksualnej w dzieciństwie, uderzyły w najczulsze struny ówczesnego świata. Dotknęły instytucji rodziny, nienaruszalnej pozycji ojca i obnażyły mroczną stronę zależności dzieci od dorosłych.
Te tematy okazały się tak ogromnie niewygodne społecznie, że system musiał uruchomić mechanizm obronny. Łatwiej było uznać, że te wszystkie historie są zmyślone, przesadzone albo są jedynie wytworem bogatego życia wewnętrznego pacjentek. Cały akcent został przesunięty z faktu i realnej krzywdy na psychikę cierpiącej kobiety, którą od tej pory opisywano przez pryzmat fantazji i niespełnionego pragnienia. Przyjęcie prawdy zmusiłoby społeczeństwo do zburzenia mitu o rodzinie jako o miejscu z definicji bezpiecznym. O ileż łatwiej było przenieść cały ciężar i winę do wnętrza osoby cierpiącej, niż odważnie przyjrzeć się chorym relacjom, zależnościom i układom władzy.
W tym miejscu najwyraźniej widać główną myśl, którą chce nam przekazać Herman: historia leczenia i rozumienia traumy psychicznej to nieustanny, bolesny taniec odkrywania i zapominania. Według niej naszą naturalną, ludzką reakcją na opowieść o okrucieństwie bywa próba odepchnięcia jej od siebie i wyparcia ze świadomości. I nie dotyczy to tylko pojedynczych osób. Robią to rodziny, instytucje i całe społeczeństwa.
Kiedy w danym okresie łatwiej przychodzi nam usprawiedliwianie przemocy - czy to w imię „świętego spokoju”, autorytetu, ochrony rodziny, czy wyższej idei - wtedy kontrolę nad całą opowieścią przejmuje sprawca lub system, który go chroni. Osoba skrzywdzona zostaje wtedy brutalnie uciszona, jej słowa są podważane, a ona sama zostaje uznana za niewiarygodną. Temat znowu zostaje pomniejszony, zakwestionowany albo zepchnięty na margines. Ta cisza nigdy nie jest neutralna, ona aktywnie chroni sprawców, jednocześnie zrzucając ciężar na barki tych osób, które już raz zostały skrzywdzone.
Judith Lewis Herman to amerykańska psychiatra i wybitna badaczka traumy, która te wszystkie rozproszone kropki połączyła w jedną całość. Jej praca zmieniła absolutnie wszystko we współczesnym rozumieniu skutków przemocy, szczególnie tej długotrwałej, ukrytej i relacyjnej.
Herman skierowała światło reflektorów na doświadczenia, które przez całe lata pozostawały niewidoczne w klasycznych, męskich i wojennych opisach traumy. Pokazała nam, że trauma to nie są wyłącznie doświadczenia żołnierzy z frontu czy ofiar wielkich katastrof. Ona potrafi rozwijać się po cichu, w czterech ścianach: w domu, w związku, w relacji z opiekunem lub inną bliską osobą, od której zależy bezpieczeństwo psychiczne i fizyczne.
Łącząc obszary przemocy domowej, seksualnej i kazirodztwa, Herman pokazała, że tak różne formy krzywdy prowadzą do uderzająco podobnych skutków psychologicznych: dojmującej bezsilności, paraliżującego przerażenia, utraty wpływu, głębokiego niszczenia zaufania, ogromnego osamotnienia i dojmującej trudności w ponownym poczuciu, że świat może być bezpieczny.
Po prześledzeniu tego pierwszego rozdziału historii możemy znacznie lepiej poczuć i zrozumieć, dlaczego trauma psychiczna tak bardzo wymyka się sztywnym, podręcznikowym ramom. Ona nie jest po prostu suchym zbiorem objawów czy zakłóceniem w pracy układu nerwowego. W przypadku przemocy relacyjnej, trauma jest skutkiem sytuacji, w której jeden człowiek bezwzględnie wykorzystuje swoją przewagę nad drugim.
Przemoc jest zawsze brutalnym zamachem na ludzką autonomię. Odbiera nam wpływ, paraliżuje możliwość obrony, podporządkowuje i bardzo często zmusza do głębokiego milczenia. Uraz w psychice powstaje nie tylko dlatego, że wydarzyło się coś obiektywnie strasznego. Powstaje przede wszystkim dlatego, że człowiek został postawiony w sytuacji absolutnej bezsilności wobec kogoś, kto miał nad nim przewagę lub władzę. Przemoc karmi się utrzymywaniem przewagi, w zaciszu domu podtrzymuje władzę dorosłego nad dzieckiem, partnera nad partnerem, sprawcy nad osobą od niego zależną.
Z tego powodu historia traumy nigdy nie będzie tylko i wyłącznie historią medycyny. Jest zwierciadłem naszego społeczeństwa i sprawdzianem z tego, czy jesteśmy gotowi uznać ludzką krzywdę. Kiedy stajemy przed osobą skrzywdzoną i decydujemy się jej wysłuchać, naszym obowiązkiem jest dostrzec nie tylko jej diagnozę i objawy. Musimy odważyć się zobaczyć sprawcę, układ władzy i warunki, które pozwoliły na to, by ta przemoc trwała.
Definicja traumy nigdy nie jest neutralna. Od tego, jak zdecydujemy się ją rozumieć, zależy to, czy naprawdę zobaczymy przed sobą cierpiącego, skrzywdzonego człowieka, czy jedynie zestaw klinicznych objawów do wyleczenia.
W kolejnym etapie tej historii nasza uwaga przeniesie się na zupełnie inne doświadczenia: przyjrzymy się traumie wojennej, „chorobie żołnierzy”, szokowi okopowemu i tej długiej, wyboistej drodze, która doprowadziła świat do oficjalnego rozpoznania PTSD.
Na zdjęciu głównym Judith Herman w latach 70.
Tekst powstał w oparciu o książkę: Judith Lewis Herman, Trauma. Od przemocy domowej do terroru politycznego, Wydawnictwo Gdańskie Wydawnictwo Psychologiczne (GWP), Gdańsk 2021.